Gdy tylko czerwcowa noc robi się dłuższa niż kolejka po oscypki nad Morskim Okiem, a w powietrzu unosi się zapach wilgotnych ziół, nadchodzi ona – magiczna noc w kalendarzu słowiańsko-romantycznym: Noc Świętojańska.
To ta noc, kiedy rozsądni ludzie pakują się w samochody, wiozą wianek oraz kiełbasę i jadą nad rzeczkę, zalew, jeziorko lub staw udawać, że pamiętają, po co w ogóle się te obrzędy odprawia.
Bo wiadomo: dziś już nikt nie szuka zdrowia w dziewięciu ziołach, tylko w aptece. Nikt nie wierzy w moc ognia, chyba że to grill gazowy. A jednak coś nas ciągnie, coś przyciąga… Może to ogień, może noc, a może po prostu fakt, że można legalnie biegać po lesie w wieńcu z mlecza i nie trafić od razu do prognozy pogody jako „nietypowy incydent”.
Dziś obrzędy mają nową formę. Dziewczęta wrzucają wianki do wody – a potem chłopcy próbują je łowić ręką ze smartfonem z kamerą 4K, „bo będzie viral na TikToka”. Niektórym się mylą wianki z plastikowym frisbee, ale atmosfera zostaje.
Ogniska wciąż się pali, ale teraz trzeba mieć gaśnicę, certyfikat przeciwpożarowy i wpis do ewidencji gminnej jako „ognisko integracyjne z elementami etnografii”. Ale nie szkodzi – i tak ktoś się oświadczy, ktoś się potknie, a ktoś zapyta, czy wino z biedry ma „mistyczne nuty paproci”.
Na Rudzie – ogniska, muzyka i wianki. Kiedyś dziewczęta plotły je z maków i rumianku, dziś z bibuły i ewentualnie z ledowego drutu – bo wiecie, jak się dobrze świeci, to łatwiej chłopakowi wyłowić. A chłopaki? Dawniej skakali przez ogień z rozpędem i szeptem zaklęć, dziś… wchodzą do wody po pas z komentarzem: „Ej, ziom, patrz, live robię!”
Podobno kiedyś rusałki tańczyły przy Krajewie. Dziś jest bardziej prawdopodobne, że to grupa nastolatek z TikToka kręci choreografię do techno-remiksu „Szła dzieweczka”. Ale magia się zgadza – jest śmiech, jest noc, jest trochę grozy, jak ktoś się potknie o korzeń i zniknie na chwilę w krzakach.
Legenda mówi, że kwiat paproci kwitnie raz do roku, nikt jednak nie wie gdzie. Może w zaroślach, gdzieś między lasem koło Dąbrowy, a tą tajemniczą ścieżką na skróty do Wiśniewa?
Co roku znajdują się śmiałkowie – głównie po zmroku i „symbolicznej” ilości napojów gazowanych z kapslem – którzy wyruszają na jego poszukiwanie. Najczęściej wracają z… kleszczem i historią o świetliku, który mówił po niemiecku. Ale emocje są!
Według legendy, ten magiczny kwiat rozkwita tylko raz w roku, właśnie w tę jedną, jedyną noc, i daje moc bogactwa, szczęścia i nieprawdopodobnych zdolności. Czyli – mówiąc współczesnym językiem – działa jak dobrze zoptymalizowane konto na OnlyFans.
W dzieciństwie wierzyłem, że kwiat paproci można znaleźć. W dorosłości wiem, że można go sobie po prostu zamówić z AliExpress w wersji LED, z pilotem i muzyką relaksacyjną. Ale nie o taki kwiat przecież chodzi. Bo Noc Świętojańska to przede wszystkim przypomnienie, że gdzieś głęboko w nas nadal drzemie tęsknota za magią, romantyzmem, nocą bez pośpiechu i rozmową przy ogniu, bez spoglądania na smartfona trzymanego w ręku.
Nie ważne, czy wierzymy w duchy, zioła, rusałki czy program rewitalizacji tradycji ludowych. Ważne, że chociaż raz w roku mamy wymówkę, żeby wyłączyć światło, włożyć na głowę wianek z czegokolwiek i przez chwilę udawać, że wszystko jeszcze może się wydarzyć.
Bo nie chodzi o to, czy naprawdę znajdziesz kwiat paproci. Chodzi o to, żeby raz w roku usiąść przy ogniu nad Rudą, Krajewem lub inną wodą, popatrzeć w niebo i powiedzieć: „Może to i głupie… ale piękne.”
A jeśli znajdziesz kwiat paproci? Nie mów nikomu. I tak nikt nie uwierzy.
„W baśniach śpią prawdziwe dzieje. Kwiat Paproci nie istnieje. Ale zawsze warto po to iść” – te rozważania kończymy parafrazą fragmentu piosenki „Ballada o Głupim Jasiu” i pozdrowieniami od autora, który nigdy nie znalazł kwiatu paproci, ale i tak co roku szuka.
Kadwa